Było już o czarno białej sprawiedliwości ( czas jakiś temu ... pfff... nie pamiętam nawet kiedy ), teraz coś z zupełnie innej beczki.
"Nikt nie może wymagać, by biała pielęgniarka pracowała na oddziałach i salach gdzie umieszcza się czarnych mężczyzn.
Zabrania się by szkoły dla białych i czarnych korzystały z tych samych książek. Książki mają być zawsze używane przez osoby jednej rasy.
Kolorowy fryzjer nie może obsługiwać białych kobiet ani dziewczynek.
Osoby drukujące i kolportujące materiały na temat równości społecznej białych i murzynów podlegają karze pozbawienia wolnoości."
Uważacie, że to kpina ? To cyctat z filmu "Służące" ( angielski tytuł "The Help" ), opowiadającym o tym, jak to jedna biała osoba postanowiła napisać książkę o doświadczeniach czarnych służących w białych domach - w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. To film o tym, jak traktowano czarnoskórych w domach małomiasteczkowych rasistów. To także forma przeprosin za podłość i krzywdy. Nagle okazuje się, że nie wszyscy byli źli, nagle okazuje się, że biały pracodawca umiał podziękować za pracę.. hmmm... ok, niech i tak będzie. Może to błędnie postawiona teza... ale to mój blog i moje odczucia.
Drugim filmem... Boże, a ja ciągle o kinie i kinie.... w którym przeprasza się... bo tak wypada ?? - jest mocno niegdyś krytykowany przeze mnie ( wstyd i hańba ) film "Wożąc Panią Daisy" z Morganem Freemanem. Morgan Freeman gra tam czarnoskórego kierowcę zatrudnionego u żydowskiej damy. Na początku spotyka się z falą niechęci z jej strony, na koniec zaś... nawiązuje się między nimi przyjaźń. O co mi chodzi ? Na przykładzie tych dwóch filmów można powiedzieć o medialnej formie przeprosin za rasizm w stosunku do czarnoskórych mieszkańców USA. Myślę, że lekko hipokrytyczny. Dlaczego ??
W latach sześciedziątych ubiegłego stulecia pierwszy czarnoskóry student został przyjęty na uczelnię wyższą - no to jednak nie mówimy tylko o medialnej formie przeprosin ?? Martin Luter King wygłosił swoje płomienne przemówienie "Mam marzenie"....i jakoś potem został zastrzelony.. upsss... W końcu Kongres USA przeprosił czarnoskórą społeczność za rasizm... to co... dalej tylko medialne przeprosiny ?? Może ja się niepotrzebnie czepiam ( w końcu Martin Luter King i tak by zmarł, prawda ? ).
Jak to wygląda faktycznie ? Nie ma zbyt wielu, niestety, dokładnych danych dotyczących nierówności w polityce USA wobec białych i czarnoskórych, ale udało mi się wyłuskać pewne rzeczy:
- nawet w XXI wieku czarnoskórzy otrzymują mniejsze wynagrodzenie za swoją pracę na tym samym stanowisku, co biali pracownicy.
- nawet w XXI wieku czarnoskórzy mają mniej nieograniczony dostęp do szkolnictwa wyższego, niż biali... według jednego z materiałów, jaki znalazłem, spora część Afroamerykanów musiała zarzucić naukę po uzyskaniu podstawowej edukacji... bo brak funduszy na kolejny etap nauki.
- nawet w XXI wieku mniej czarnoskórych naukowców otrzymuje granty państwowe na swoje badania, niż ich biali koledzy.
- nawet w XXI wieku bezrobocie wśród czarnych wynosi 11 procent i jest o połowę wyższe niż wśród białych ( to dane z 2005 roku )
W Nowym Yorku 48 procent czarnych mężczyzn nie ma pracy. 20 procent czarnych żyje poniżej społecznego minimum. Wśród zamożnych także widać podziały, profesjonaliści ( lekarze, prawnicy itp ) zarabiają 77% tego co ich biali odpowiednicy. Biali taksówkarze w NY mniej chętnie zabierają czarnoskórych kilentów.
Więc jak to jest z medialnymi przeprosinami ?
Ten tekst można zakończyć na dwa sposoby... nie podając więcej danych, informacji...
Martin Luter King powiedział kiedyś:
Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia swego credo: „uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”.
Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wzgórzach Georgii synowie dawnych niewolników i synowie dawnych właścicieli niewolników będą mogli zasiąść razem przy braterskim stole.(...)
Miałem sen, iż pewnego dnia moich czworo dzieci będzie żyło wśród narodu, w którym ludzi nie osądza się na podstawie koloru ich skóry, ale na podstawie tego, jacy są.
Drugim zakończeniem może, nawet powinien być żart mały:
Mały czarnoskóry chłopiec pisze list do swojego białego kolegi:
Mój drogi biały kolego, jak się urodziłeś byłeś czerwony ( od krwi ), dosrastając stałeś się biały, po kąpieli słonecznej jesteś brązowy, jak umrzesz, staniesz się siny.
Ja, jak się urodziłem, byłem brązowy, jak dorastałem byłem brązowy, po kąpieli słonecznej, dalej jestem brązowy. Jak umrę, też będę brązowy.
I kogo ty do diabła nazywasz kolorowym ??
P.S. Jadąc ostatnio autobusem widziałem taką oto reklamę "Nosisz nóż, zmarnujesz sobie życie". Na zdjęciu zaś biały strażnik więzienny prowadzi czarnego chłopca... białas wyglądałby nieprawomyślnie ???
Co mnie nie zabije, uczyni mnie dziwniejszym.
czwartek
niedziela
Pęd ku śmierci ??
Ufff... ile tu kurzu. Dzięki Bogu jeszcze pamiętam hasło do logowania na blogu:) Jedno z postanowień noworocznych, pisać bardziej regularnie. Obiecuję sobie to rokrocznie, i rokrocznie pozostaje mi zapału do pisania na pierwsze kilka miesięcy, a potem wena ulatuje. Może jej podciąć skrzydła i przykuć kotwicą ?:) Wtedy nie uleci... ale mogę ją okaleczyć. Co zatem, gonić za nią ? Tak jak z tym króliczkiem - ponoć nie chodzi o to żeby Go złapać, ale o to, żeby za nim gonić. Chyba nie ma recepty na regularne odkurzanie bloga, ale postaram się z całego serca.
No tak, ale miało być o pędzie ku śmierci, a ja tu pitu pitu o odkurzaniu bloga... jakby jedno miało cokolwiek wspólnego z drugim.
Tak jak mądrze zauważył Pan Zanussi, życie jest śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową. Mamy w nim tylko dwa pewniki, że na padół ziemski wkroczymy, i że z padołu ziemskiego zejdziemy - w taki czy inny sposób... to już niestety nie pozostaje wyborem naszym. Jakież optymistyczne podejście, prawda moi drodzy ?:) Gdzie zatem miejsce na radość z życia, na pozostawianie spuścizny po sobie... dalej pytam, po co nam to, skoro i tak zejdziemy. Memento mori, non omnis morial - już historia nakazywała nam przyzwyczajać się do tego, że nasz byt doczesny jest tylko... przystankiem. Jest tylko portalem prowadzącym ze świata nienarodzonych do świata zmarłych. Niezależnie od tego, jak się na tym przystanku zachowywać będziemy, i jak szybko złapiemy autobus, który zabierze nas do ... właśnie gdzie ?? Piekła, nieba ( i Boga gadającego do sznura ?:) ) czy może imaginacji zwanej czyśccem .... cały czas przystanek ten jest dla nas tylko i wyłącznie miejscem mniej lub bardziej świadomej autodestrukcji, niezależnie od tego, jak bardzo żywotni podczas tej autodestrukcji jesteśmy.
Ty tu starasz sobie robaczku, człowiekiem zwanym, wstawać rano i mieć nadzieję na spokojny sen wieczorem, a tutaj nawet na maila dostajesz informacje o tym, że kiedyś nie zaśniesz, lub się nie obudzisz. Co gorsza, te informacje są na tyle bezczelne, że - cytuję "Stresujący tryb życia, problemy w szkole, złe odżywanie… istnieje wiele przyczyn, które skracają twoje życie z dnia na dzień! Wykonaj pierwszy w Polsce test na śmierć opracowany przez specjalistów:
Co otrzymasz po zrobieniu testu
- adrenalinę
- dreszczyk emocji
- poczucie panowania nad własnym strachem
- zoptymalizowany wynik
- czas na zmiany w życiu"
No tak, ale miało być o pędzie ku śmierci, a ja tu pitu pitu o odkurzaniu bloga... jakby jedno miało cokolwiek wspólnego z drugim.
Tak jak mądrze zauważył Pan Zanussi, życie jest śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową. Mamy w nim tylko dwa pewniki, że na padół ziemski wkroczymy, i że z padołu ziemskiego zejdziemy - w taki czy inny sposób... to już niestety nie pozostaje wyborem naszym. Jakież optymistyczne podejście, prawda moi drodzy ?:) Gdzie zatem miejsce na radość z życia, na pozostawianie spuścizny po sobie... dalej pytam, po co nam to, skoro i tak zejdziemy. Memento mori, non omnis morial - już historia nakazywała nam przyzwyczajać się do tego, że nasz byt doczesny jest tylko... przystankiem. Jest tylko portalem prowadzącym ze świata nienarodzonych do świata zmarłych. Niezależnie od tego, jak się na tym przystanku zachowywać będziemy, i jak szybko złapiemy autobus, który zabierze nas do ... właśnie gdzie ?? Piekła, nieba ( i Boga gadającego do sznura ?:) ) czy może imaginacji zwanej czyśccem .... cały czas przystanek ten jest dla nas tylko i wyłącznie miejscem mniej lub bardziej świadomej autodestrukcji, niezależnie od tego, jak bardzo żywotni podczas tej autodestrukcji jesteśmy.
Ty tu starasz sobie robaczku, człowiekiem zwanym, wstawać rano i mieć nadzieję na spokojny sen wieczorem, a tutaj nawet na maila dostajesz informacje o tym, że kiedyś nie zaśniesz, lub się nie obudzisz. Co gorsza, te informacje są na tyle bezczelne, że - cytuję "Stresujący tryb życia, problemy w szkole, złe odżywanie… istnieje wiele przyczyn, które skracają twoje życie z dnia na dzień! Wykonaj pierwszy w Polsce test na śmierć opracowany przez specjalistów:
Co otrzymasz po zrobieniu testu
- adrenalinę
- dreszczyk emocji
- poczucie panowania nad własnym strachem
- zoptymalizowany wynik
- czas na zmiany w życiu"
Ta cała kampania mailowa, bo na maila właśnie takie śmieci dostajemy, to tylko opary absurdu. Co nam to wszystko da ?? Po pierwsze, poszukiwanie beznadziejnej odpowiedzi na idiotyczne pytanie, jak można zrobić test na śmierć ? To tak jakbyśmy zadawali sobie idiotyczne pytanie, jak można ją oszukać - nie wychodząc z domu ?? Nie rodząc się... bo to jedyna metoda oszukania śmierci. Absurdalny wniosek, ale tak to wygląda. Skoro już się urodziliśmy, nie mając na to niestety żadnego wpływu - bo matka natura miała taki kaprys... to mamy się umartwiać nad sobą, bo i tak w końcu umrzemy.. a jak zapłacimy za sms-a 25 pln, zaraz po wykonaniu tego "arcyprofesjonalnego" testu, to od razu poznamy przybliżoną datę śmierci. Co nam to faktycznie da - adrenalinę, ale po co ... lepiej jest spokojnie umrzeć - czyli da nam.... umartwienie się i poszukiwanie odpowiedzi na bezsens życia - taak, taak to powinno zostać sformułowane. Dreszczyk emocji ?? - bo co, bo dowiem się kiedy umrę ( czysto teoretycznie ?? ) - raczej kolejną niepotrzebną, zaśmiecającą mój umysł informację - bardziej trafne. Poczucie panowania nad własnym strachem - jejku... strach jest naturalną emocją, i tylko idiota może powiedzieć, że go nie odczuwa... zapanować można nad nim, unikając sytuacji stresogennych, albo opracowując pewne metody działania w takich sytuacjach.
Zoptymalizowany wynik ?? - szanowny Panie Iksiński, zejdzie Pan mniej więcej 21 lutego 2040 roku ( hehehe ) - a co jak mnie wcześniej samochód potrąci albo zabije mnie walące się drzewo - to gdzie ta optymalizacja ?? :)
Czas na zmiany w życiu ?? Zmiany w naszym życiu są zależne od nas samych, a nie od jakiegoś chorego testu. Osoba cierpiąca na raka może sobie wsadzić w buty zmiany w życiu, bo tak szczerze mówiąc, niczego one już nie wniosą, poza uatrakcyjnieniem sobie czasu umierania. Kto układał ten test, jakiś domorosły Nostradamus ? czy kolejny "rekin" żerujący na ludzkiej naiwności i naturalnym pędzie do wydawania pieniędzy na rzeczy nikomu, do jasnej cholery, niepotrzebne.
Żyjmy zatem optymalnie tak długo i tak intensywnie, jak nam się żywnie podoba... mając świadomość tego, że kiedyś zejdziemy. A domorosłym Nostradamusom mówimy zdecydowane NIE...
środa
Pójdź dziecię, ja Cię uczyć każę.
Kiedy przeczytałem notkę o kolejnym wymierającym języku, pomyślałem sobie... o nie, znowu ? Przecież już kiedyś pisałem o wymierających kulturach, po co więc odgrzewać stare kotlety. Obierając inny punkt widzenia docieram do wniosku, że bardzo mocno się pomyliłem. Tekst zatem nie będzie traktować o wymieraniu kolejnego języka, ale o tym, jak językowa globalizacja i bezduszność urzędników może wpływać na spuściznę kulturową. Dobra, lecim, bo zaczynam marudzić.
W Meksyku, w wiosce Apaya, znajdującej się w stanie Tabasco, żyją dwie osoby - Manuel Segovia ma 75 lat, a Isidro Velazquez 69. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że jako ostatni na świecie posługują się biegle językiem Apayaneco. Język Apayaneco, zwany inaczej nuumte oote ( co oznacza dosłownie "prawdziwy głos" ) ma duże szanse umrzeć, bo obydwaj Panowie się do Siebie nie odzywają, i nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego. Można by powiedzieć językowi, krzyżyk na drogę luzacki draniu i idź smażyć się w piekle - a obydwu gentelmanów należy potraktować jako tych, którzy pozwalając umierać kolejnej wyspie językowej. Najprostszy i najbardziej oczywisty tok myślenia - w tym przypadku nie zadziała.
W wywiadzie udzielonym Gurdianowi Segovia przyznał, że gdy był dzieckiem, wszyscy mówili w ayapaneco. Teraz staruszek obawia się, że język umrze wraz z nim. Kiedyś mógł rozmawiać z bratem, ten jednak odszedł ok. 10 lat temu. Teraz pozostaje mu mówienie do syna i żony, którzy go co prawda rozumieją, ale w odpowiedzi są w stanie wydobyć z siebie zaledwie kilka słów pochodzących z nuumte oote. Segovia wypiera się jakiegokolwiek czynnego konfliktu z Velazquezem. Ten podobno z nikim nie rozmawia regularnie w swym ojczystym języku.
Przyczyną bliskiej śmierci języka Apayaneco jest polityka edukacyjna Meksyku, wprowadzona w XX wieku. Nałożono wtedy ogólny obowiązek posługiwania się językiem hiszpańskim, jako jedynym słusznym, a ktokolwiek mówi co innego, jest be. Zabroniono także posługiwania się językami rdzennymi. To tak, jakby zabronić Kaszubom, Ślązakom, Góralom oraz innym grupom w Polsce, posługiwania się ich gwarami. Państwo, które powinno realizować politykę edukacyjną, powinno także zadbać o trwałość kultur regionalnych. Czarny to będzie dzień, kiedy w Polsce jedynym słusznym będzie język polski nauczany w szkołach, a gwary pójdą do lamusa - bo nie są urzędowe.. a kodeks karny będzie także obejmował sankcje za łamanie polityki jednosłusznojęzykowej.
Dzięki ludzkiemu rozsądkowi, prowadzone są prace, mające na celu utrzymanie przy życiu prawdziwego głosu. Tworzony jest słownik apayanaco, a National Indigenous Language Institute - instytucja dbająca o żywotność rdzennych języków - planuje ostatnią próbę zorganizowania kursów Apayanaco. Poprzednie próby przyniosły fiasko z uwagi na brak funduszy i ograniczone zainteresowanie samymi kursami.
Pójdź dziecię ja Cię uczyć każę ? Szczytne to i chwalebne, oby tylko próby utrzymania przy życiu prawdziwego głosu nie spotkały się z równie prawdziwą próbą kompletnego uśmiercenia Go przez bezduszne władze, sami mieszkańcy zdecydują się lokalnie zainteresować tym, co globalnie samo z siebie stało się problemem godnym rozwiązania.
W Meksyku, w wiosce Apaya, znajdującej się w stanie Tabasco, żyją dwie osoby - Manuel Segovia ma 75 lat, a Isidro Velazquez 69. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że jako ostatni na świecie posługują się biegle językiem Apayaneco. Język Apayaneco, zwany inaczej nuumte oote ( co oznacza dosłownie "prawdziwy głos" ) ma duże szanse umrzeć, bo obydwaj Panowie się do Siebie nie odzywają, i nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego. Można by powiedzieć językowi, krzyżyk na drogę luzacki draniu i idź smażyć się w piekle - a obydwu gentelmanów należy potraktować jako tych, którzy pozwalając umierać kolejnej wyspie językowej. Najprostszy i najbardziej oczywisty tok myślenia - w tym przypadku nie zadziała.
W wywiadzie udzielonym Gurdianowi Segovia przyznał, że gdy był dzieckiem, wszyscy mówili w ayapaneco. Teraz staruszek obawia się, że język umrze wraz z nim. Kiedyś mógł rozmawiać z bratem, ten jednak odszedł ok. 10 lat temu. Teraz pozostaje mu mówienie do syna i żony, którzy go co prawda rozumieją, ale w odpowiedzi są w stanie wydobyć z siebie zaledwie kilka słów pochodzących z nuumte oote. Segovia wypiera się jakiegokolwiek czynnego konfliktu z Velazquezem. Ten podobno z nikim nie rozmawia regularnie w swym ojczystym języku.
Przyczyną bliskiej śmierci języka Apayaneco jest polityka edukacyjna Meksyku, wprowadzona w XX wieku. Nałożono wtedy ogólny obowiązek posługiwania się językiem hiszpańskim, jako jedynym słusznym, a ktokolwiek mówi co innego, jest be. Zabroniono także posługiwania się językami rdzennymi. To tak, jakby zabronić Kaszubom, Ślązakom, Góralom oraz innym grupom w Polsce, posługiwania się ich gwarami. Państwo, które powinno realizować politykę edukacyjną, powinno także zadbać o trwałość kultur regionalnych. Czarny to będzie dzień, kiedy w Polsce jedynym słusznym będzie język polski nauczany w szkołach, a gwary pójdą do lamusa - bo nie są urzędowe.. a kodeks karny będzie także obejmował sankcje za łamanie polityki jednosłusznojęzykowej.
Dzięki ludzkiemu rozsądkowi, prowadzone są prace, mające na celu utrzymanie przy życiu prawdziwego głosu. Tworzony jest słownik apayanaco, a National Indigenous Language Institute - instytucja dbająca o żywotność rdzennych języków - planuje ostatnią próbę zorganizowania kursów Apayanaco. Poprzednie próby przyniosły fiasko z uwagi na brak funduszy i ograniczone zainteresowanie samymi kursami.
Pójdź dziecię ja Cię uczyć każę ? Szczytne to i chwalebne, oby tylko próby utrzymania przy życiu prawdziwego głosu nie spotkały się z równie prawdziwą próbą kompletnego uśmiercenia Go przez bezduszne władze, sami mieszkańcy zdecydują się lokalnie zainteresować tym, co globalnie samo z siebie stało się problemem godnym rozwiązania.
piątek
Krzyże na festynach zamiast waty cukrowej ?
Kto z nas nie był chociaż raz na festynie, jarmarku, wesołym miasteczku, imprezie lokalnej ? Czego tam nie było ? Karuzele, strzelnice, gry video - do tego smakołyki: lody, gofry oraz wata cukrowa. Ta ostatnia zawsze wzbudzała najwięcej zainteresowania - niesamowitym było bowiem to, że Pan lub Pani w białym kiltu wkładał/a patyk do metalowej miednicy, troszkę nim poobracano, w efekcie czego powstawał kokon z przepysznej, słodkiej pajęczyny. Nie było istotne, czy to była impreza ku radości gawiedzi czy też impreza przy okazji święta kościelnego lub państwowego, symbole około okolicznościowe były takie same. Czasy się zmieniają, ludzie nabierają pewnych nawyków, nawyki zmieniają symbole. Czasem nie budzi to żadnych zastrzeżeń, bo komu przeszkadza to, że wata cukrowa została wyparta przez mleczne szejki a strzelnica przez gokarty. Nic w tym niezwykłego, nowe czasy, nowe rozwiązania, bez ekstrawagancji.
Nie wszędzie jednak to funkcjonuje w mało kontrowersyjny sposób. Wielki Piątek na Filipinach wywołuje w ludziach zachowania, które dla większości chrześcijan powinny być odebrane jako bluźnierstwo. Dlaczego ? A to dlatego, że Filipińczycy przy okazji Wielkiego Piątku urozmaicają sobie dzień krzyżowaniem ( tak, dokładnie, nie ma tutaj żadnej kaczki blogerskiej ), imprezami dodatkowymi są festyny. Filipińczycy twierdzą, że ukrzyżowanie jest świadectwem wiary i aktem pokuty. Kościół katolicki na Filipinach nie pochwala tych praktyk, a wśród Filipińczyków 80 % to katolicy. Znaczy się, źle to świadczy o wpływie kościoła na wiernych ?? Z praktycznego punktu widzenia tak. Skromnym moim zdaniem Filipińczycy popełniają bluźnierstwo połączone z głupotą. Tłumacząc się tym, że na krzyżu mają wizje Jezusa z aniołami, usiłują stać się jemu podobnymi, kpiąc sobie poniekąd wydarzenia, którego upamiętnieniem Wielkanoc jest.
Rokrocznie Filipiny dostarczają nam kilkudziesięciu nowych Chrystusów. Wszyscy jesteśmy Chrystusami ? Nawet jeżeli tak, to dlaczego w taki sposób mamy to manifestować ? Czymże jest sam fakt ukrzyżowania bez drogi do tego prowadzącej ? Jak często dopuszczamy się "aktów wiary" bez zastanawiania się nad tym, jak to jest obiektywnie odebrane ? Jak dużo głupot ludzie jeszcze zrobią w imię tak zwanej wiary i bojaźni Bożej... i jak "spektakularnych" czynów będziemy szukać, aby się do Boga upodobnić. Czy nie wystarczy samo.. wierzę.
Nie wszędzie jednak to funkcjonuje w mało kontrowersyjny sposób. Wielki Piątek na Filipinach wywołuje w ludziach zachowania, które dla większości chrześcijan powinny być odebrane jako bluźnierstwo. Dlaczego ? A to dlatego, że Filipińczycy przy okazji Wielkiego Piątku urozmaicają sobie dzień krzyżowaniem ( tak, dokładnie, nie ma tutaj żadnej kaczki blogerskiej ), imprezami dodatkowymi są festyny. Filipińczycy twierdzą, że ukrzyżowanie jest świadectwem wiary i aktem pokuty. Kościół katolicki na Filipinach nie pochwala tych praktyk, a wśród Filipińczyków 80 % to katolicy. Znaczy się, źle to świadczy o wpływie kościoła na wiernych ?? Z praktycznego punktu widzenia tak. Skromnym moim zdaniem Filipińczycy popełniają bluźnierstwo połączone z głupotą. Tłumacząc się tym, że na krzyżu mają wizje Jezusa z aniołami, usiłują stać się jemu podobnymi, kpiąc sobie poniekąd wydarzenia, którego upamiętnieniem Wielkanoc jest.
Rokrocznie Filipiny dostarczają nam kilkudziesięciu nowych Chrystusów. Wszyscy jesteśmy Chrystusami ? Nawet jeżeli tak, to dlaczego w taki sposób mamy to manifestować ? Czymże jest sam fakt ukrzyżowania bez drogi do tego prowadzącej ? Jak często dopuszczamy się "aktów wiary" bez zastanawiania się nad tym, jak to jest obiektywnie odebrane ? Jak dużo głupot ludzie jeszcze zrobią w imię tak zwanej wiary i bojaźni Bożej... i jak "spektakularnych" czynów będziemy szukać, aby się do Boga upodobnić. Czy nie wystarczy samo.. wierzę.
środa
Fenomenalne reality show.
Powinienem napisać, że najlepsze reality show, jakie widziałem, to "Truman Show". Jeśli ktoś uważa, że "Truman Show" nie jest formą reality show, mimo iż trwa tylko około 90-ciu minut, to jest kiep i się nie zna. Nie mam zamiaru rozpisywać się o filmie, bo nie na tym dowcip polega. Powiem tylko, że "Truman Show" nie byłby tą formą reality show, która porwać może polską telewidownię. Dlaczego ? Już wyjaśniam. Wróćmy parę lat wstecz i popatrzmy bliżej na specyfikę realistycznych pokazów, jakimi nas teległupolnia karmiła. Pierwszym takim, nazwijmy go wielkim (mocno umownie ), był Big Brother ( cholera, jakby nam mało było wielkiego brata przez pierwsze 45 lat po zakończeniu II wojny światowej, to se jeszcze musieliśmy w teległupolni fundować coś równie .... no właśnie ) potem pamiętam jeszcze Dwa Światy ( do pewnego momentu nawet interesujące ) i kompletnie nieudany klon tegoż poprzedniego - Łysi i blondynki. Więcej nie pamiętam, może i dobrze.
Jaka cecha łączy to wszystko, a dokładnie, jakie cechy ? Po pierwsze: ingerencja wszechobecnego moderatora - w Wielkim Braciszku to był głos, w pozostałych obu miły facecik wchrzaniający się raz na jakiś czas do "życia" tych, którzy zdecydowali się na zamknięcie w klatce naszpikowanej kamerami i mikrofonami. Po drugie primo: rywalizacja, i to rywalizacja przez duże "R".Stawkę podbija kasa, którą można wygrać, a także i to, że żaden z uczestników nie wie, kiedy poleci i wróci do rzeczywistości. I takie pokazy gawiedź ogląda. Zastanawiałem się dlaczego ? Może się mylę, ale podzielę się teorią, która mi się gdzieś pod czaszką wykluła: po pierwsze - obserwujemy z napięciem pseudo bohaterów, którzy pozwolili się zamknąć w klatce dla krótkotrwałej sławy, której normalny Kowalski tak szybko... o ile w ogóle, nie osiągnie. Co to za bohaterowie - jedyną, która do tej pory gdzieś tam w mediach się pokazuje, to Frytka. Mała celebrytka, z której taka gwiazda, jak z koziej d...y cycki - a propos, ma czym oddychać :) - aaa... zapomniałbym, profesjonalnie pokazuje jak uprawiać seks w jakuzzi przed kamerami wielkiego braciszka. Gdzieś tam przewinął się Gulczas, który zapytany... Gulczas, a jak myślisz ? zniknął ze sceny - tyle go widzieli. Był jeszcze gdzieś tam Klaudiusz Sewkowic bodajże, i jakiś tam programik kulinarny. Szybko spadł z ekranu. Manuela z BB dość długo współprowadziła z drugą taką Maraton Uśmiechu - tę parę bodajże pamiętamy najlepiej.Hmmm... wybaczcie, zapomniałbym.. wstyd i hańba -Wojtek Łuszczykiewicz, wokalista grupy Video - z dwóch światów.
Tyle gwiazdorzenia. Dlaczego jeszcze widz ogląda te popisy. Bo może decydować, jak mu się przynajmniej wydaje. Ma bowiem wysyłać sms-y ... i eliminować, i nabijać kasę producentom. No bo to ma się zwrócić, prawda ?? Widz staje się półbogiem, jeden akurat niewiele znaczy... ale cała masa tak. Masa półbogów z telefonem komórkowym w ręku.... jejku.
Dlaczego więc "Truman Show" nie jest reality show dla polskiego widza. Bo widz NIE ma wpływu na to co zrobi bohater. Bo widz NIE może wysłać go do diabła sms-em, NIE może zmienić mu pracy, NIE może zmienić mu diety, orientacji seksualnej, partnerki lub partnera itp, itd. Dlaczego jeszcze ? Bo tam nie ma żadnej rywalizacji... i nie jest to tasiemiec. Za dużo tego NIE dla przeciętnego Kowalskiego.
Dlaczego podjąłem się tego tekstu. Fenomenalne, tytułowe reality show to amerykański program "Dom nie do poznania". Zobaczyłem to pierwszy raz jakieś 2 tygodnie temu. Sedno programu polega na tym, że producenci i twarze medialne programu wybierają w danym stanie jedną rodzinę, której wybudują nowy dom. Budowa trwa tydzień, zjeżdża się stała ekipa oraz wolontariusze. Armia ludzi. Rodzina, która zostanie wytypowana - a nie są to rodziny bez problemów, chorób, poważnych trudności w funkcjonowaniu podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina, wyjeżdża sobie na wakacje, na koszt producenta programu. Tutaj nie ma żadnej rywalizacji, wpieprzania się widzów, żadnych sms-ów, żadnej ingerencji widza w program. Tu jest dobra wola, niesienie pomocy, współpraca. Promocja medialna firm, które pomagają w każdym przedsięwzięciu. To jest coś, coś przez duże C. W Polsce tak się nie da ?
Jaka cecha łączy to wszystko, a dokładnie, jakie cechy ? Po pierwsze: ingerencja wszechobecnego moderatora - w Wielkim Braciszku to był głos, w pozostałych obu miły facecik wchrzaniający się raz na jakiś czas do "życia" tych, którzy zdecydowali się na zamknięcie w klatce naszpikowanej kamerami i mikrofonami. Po drugie primo: rywalizacja, i to rywalizacja przez duże "R".Stawkę podbija kasa, którą można wygrać, a także i to, że żaden z uczestników nie wie, kiedy poleci i wróci do rzeczywistości. I takie pokazy gawiedź ogląda. Zastanawiałem się dlaczego ? Może się mylę, ale podzielę się teorią, która mi się gdzieś pod czaszką wykluła: po pierwsze - obserwujemy z napięciem pseudo bohaterów, którzy pozwolili się zamknąć w klatce dla krótkotrwałej sławy, której normalny Kowalski tak szybko... o ile w ogóle, nie osiągnie. Co to za bohaterowie - jedyną, która do tej pory gdzieś tam w mediach się pokazuje, to Frytka. Mała celebrytka, z której taka gwiazda, jak z koziej d...y cycki - a propos, ma czym oddychać :) - aaa... zapomniałbym, profesjonalnie pokazuje jak uprawiać seks w jakuzzi przed kamerami wielkiego braciszka. Gdzieś tam przewinął się Gulczas, który zapytany... Gulczas, a jak myślisz ? zniknął ze sceny - tyle go widzieli. Był jeszcze gdzieś tam Klaudiusz Sewkowic bodajże, i jakiś tam programik kulinarny. Szybko spadł z ekranu. Manuela z BB dość długo współprowadziła z drugą taką Maraton Uśmiechu - tę parę bodajże pamiętamy najlepiej.Hmmm... wybaczcie, zapomniałbym.. wstyd i hańba -Wojtek Łuszczykiewicz, wokalista grupy Video - z dwóch światów.
Tyle gwiazdorzenia. Dlaczego jeszcze widz ogląda te popisy. Bo może decydować, jak mu się przynajmniej wydaje. Ma bowiem wysyłać sms-y ... i eliminować, i nabijać kasę producentom. No bo to ma się zwrócić, prawda ?? Widz staje się półbogiem, jeden akurat niewiele znaczy... ale cała masa tak. Masa półbogów z telefonem komórkowym w ręku.... jejku.
Dlaczego więc "Truman Show" nie jest reality show dla polskiego widza. Bo widz NIE ma wpływu na to co zrobi bohater. Bo widz NIE może wysłać go do diabła sms-em, NIE może zmienić mu pracy, NIE może zmienić mu diety, orientacji seksualnej, partnerki lub partnera itp, itd. Dlaczego jeszcze ? Bo tam nie ma żadnej rywalizacji... i nie jest to tasiemiec. Za dużo tego NIE dla przeciętnego Kowalskiego.
Dlaczego podjąłem się tego tekstu. Fenomenalne, tytułowe reality show to amerykański program "Dom nie do poznania". Zobaczyłem to pierwszy raz jakieś 2 tygodnie temu. Sedno programu polega na tym, że producenci i twarze medialne programu wybierają w danym stanie jedną rodzinę, której wybudują nowy dom. Budowa trwa tydzień, zjeżdża się stała ekipa oraz wolontariusze. Armia ludzi. Rodzina, która zostanie wytypowana - a nie są to rodziny bez problemów, chorób, poważnych trudności w funkcjonowaniu podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina, wyjeżdża sobie na wakacje, na koszt producenta programu. Tutaj nie ma żadnej rywalizacji, wpieprzania się widzów, żadnych sms-ów, żadnej ingerencji widza w program. Tu jest dobra wola, niesienie pomocy, współpraca. Promocja medialna firm, które pomagają w każdym przedsięwzięciu. To jest coś, coś przez duże C. W Polsce tak się nie da ?
wtorek
Dentystycznie.
Byłem dzisiaj u dentysty, biorąc pod uwagę moją niechęć do wyrwizębów, to i tak nie lada sukces. W pamięci mam jeszcze zapyziałe gabinety dentystyczne w polskich przychodniach publicznych, więc zanim tam wszedłem, rozliczyłem się w duchu z grzechów wszelakich - tak na wszelkie ustrojstwo. Po akcie samooczyszczenia przekroczyłem czeluście jaskini lwa. Mała recepcja, narożnik dla oczekujących, nawet wygodne siedzenia. Hmmm... coś mi nie grało, w Polsce przy maksimum luksusu - plastikowe krzesełka, a jeśli gorzej, to drewniane ławy. Dobre złego początki - a jaka inna myśl mogła mi przez łeb przelecieć. Usiadłem, stosy gazetek obok - to już podobnie do Polski... na okładce, jakby kto był nie w temacie, fotka księcia i jego przyszłej małżonki, no coo ? no ślub w rodzinie królewskiej, ba, wolne oczywiście. W Polsce prawie prawie, przecież Komorowski miłościwie nam ( wam, im ?? ) panujący tytułem hrabiowskim się zasłania. Więc a nuż, jeśli jakaś jego latorośl ( nawet nie wiem, w jakim wieku ta latorośl - tabloidów nie czytam ) ślubik sobie zaplanuje, to może i w kraju nad Wisłą jakiś dzień wolny z tej okazji się wykombinuje.
W końcu dotarłem do fotela dentystycznego. Znowu zaczęli lampą po oczach świecić, jak na przesłuchaniu. Ku mojemu zdziwieniu - dali mi okulary przeciwsłoneczne.
- Prawie jak wakacje - głośno skomentowałem. Pielęgniarka stojąca obok się uśmiechnęła. Lekarz zaś dał mi prawo wyboru, czy chcę się opalać nad morzem czy gdzieś indziej. Głośno odrzuciłem opcję morza, zarzekając się, że jestem miłośnikiem gór.
Otworzyli mi usta, bez mojego sprzeciwu, w końcu po coś tam poszedłem. Jedna strzykawka ( taaak, rwanie ). Po strzykawce lekarz powiedział mi, że ostatnio miał kozaka, który miał mieć rwane dwa zęby. Kiedy zaproponowano mu znieczulenie, odmówił. Po pierwszym rwaniu błagał o znieczulenie. Gdyby nie to, że już nie czułem 1/4 twarzy, pewnie parsknąłbym śmiechem - tak jak pielęgniarka obok. Potem druga strzykawa, trzecia... i heja. W momencie w którym lekarz zaczął mi czymś dłubać w zębie, sprawdzając czy aby na pewno znieczulenie działa. Ja nie będąc pewien jego intencji, zapytałem tylko idiotycznie, czy na pewno dłubie w tym zębie, co gorszy od budzika w nocy jest. Potrafił mnie skubany cztery razy w ciągu nocy budzić - cholerstwo. Uzyskałem szybką odpowiedź twierdzącą... potem szast prast.. i informację, że zęba już nie ma. Nie dając do końca wiary w słowa dentysty zapytałem czy mogę zobaczyć tego skurczybyka. Dentysta teraz idiotycznie zapytał czy dentystę czy ząb. Nie zastanawiając się odparłem dentyście, że jego osobę już dzisiaj widziałem. Pielęgniarka płakała ze śmiechu.
Po takiej porcji żartu lekarz w Polsce zapewne wyrzuciłby mnie z pokoju z jakimś niewybrednym komentarzem, ten zaś podziękował mi nawet za poczucie humoru.
Kolejna wizyta 16-tego maja.
W końcu dotarłem do fotela dentystycznego. Znowu zaczęli lampą po oczach świecić, jak na przesłuchaniu. Ku mojemu zdziwieniu - dali mi okulary przeciwsłoneczne.
- Prawie jak wakacje - głośno skomentowałem. Pielęgniarka stojąca obok się uśmiechnęła. Lekarz zaś dał mi prawo wyboru, czy chcę się opalać nad morzem czy gdzieś indziej. Głośno odrzuciłem opcję morza, zarzekając się, że jestem miłośnikiem gór.
Otworzyli mi usta, bez mojego sprzeciwu, w końcu po coś tam poszedłem. Jedna strzykawka ( taaak, rwanie ). Po strzykawce lekarz powiedział mi, że ostatnio miał kozaka, który miał mieć rwane dwa zęby. Kiedy zaproponowano mu znieczulenie, odmówił. Po pierwszym rwaniu błagał o znieczulenie. Gdyby nie to, że już nie czułem 1/4 twarzy, pewnie parsknąłbym śmiechem - tak jak pielęgniarka obok. Potem druga strzykawa, trzecia... i heja. W momencie w którym lekarz zaczął mi czymś dłubać w zębie, sprawdzając czy aby na pewno znieczulenie działa. Ja nie będąc pewien jego intencji, zapytałem tylko idiotycznie, czy na pewno dłubie w tym zębie, co gorszy od budzika w nocy jest. Potrafił mnie skubany cztery razy w ciągu nocy budzić - cholerstwo. Uzyskałem szybką odpowiedź twierdzącą... potem szast prast.. i informację, że zęba już nie ma. Nie dając do końca wiary w słowa dentysty zapytałem czy mogę zobaczyć tego skurczybyka. Dentysta teraz idiotycznie zapytał czy dentystę czy ząb. Nie zastanawiając się odparłem dentyście, że jego osobę już dzisiaj widziałem. Pielęgniarka płakała ze śmiechu.
Po takiej porcji żartu lekarz w Polsce zapewne wyrzuciłby mnie z pokoju z jakimś niewybrednym komentarzem, ten zaś podziękował mi nawet za poczucie humoru.
Kolejna wizyta 16-tego maja.
Wielkie sprzątanie na Wawelu.
Einstein mówił, że zna dwie rzeczy nieograniczone: wszechświat i ludzką głupotę, co do tego pierwszego miał jednak pewne wątpliwości. Ojj, gdyby tylko wiedział, jak bardzo miał rację w swoich domniemaniach. Rok temu pogrzebaliśmy małego na Wawelu. Od początku decyzja była mocno kontrowersyjna, ale stało się: słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Niedawno pod Wawelem pokazała się demonstracja z transparentami "Wawel bez polityków". Jak rozumiem, dotyczy to tylko pary prezydenckiej, przynajmniej taki jest zamysł Stowarzyszenia "Obywatelski Wawel", które całą tę szopkę zorganizowało.
Z czystej ciekawości zainteresowałem się tym, kto spoczywa na Wawelu. Lista wzbudziła we mnie spore wątpliwości, co do właściwości miejsca pochówku, skoro Wawel ma być miejscem nie dla polityków. Zaczynamy więc wielkie sprzątanie:
1. Jan III Sobieski - król polski - polityk - miejsce nie dla polityków.
2. Królowa Maria Kazimiera, żona Jana Sobieskiego - wspierała politykę mającą doprowadzić do sojuszu polsko - francuskiego. Zatem polityk - out.
3. Michał Korybut Wiśniowiecki - król... tak jak i w przypadku Jana III Sobieskiego - wypad z baru.
4. Książę Józef Poniatowski - minister wojny - polityk.... zaczyna się robić coraz zabawniej.
5. Tadeusz Kościuszko - wielki wódz... ale także parał się polityką, mniejszą bądź większą - cóż, naród jest bezwzględny.
6. Generał Sikorski - Premier rządu polskiego na uchodźstwie - mówi samo za siebie.
Do pocztu królów i książąt polskich dodajmy jeszcze Stefana Batorego, Władysława IV Wazę, Zygmunta III Augusta, Annę Jagiellonkę, Olbrachta Jagiellończyka, Annę Austriaczkę, Aleksandra Karola Wazę, Stanisława Leszczyńskiego, Zygmunta Starego i wielu, wielu innych. Czy dzięki temu krypty królewskie tylko z nazwy pozostaną królewskimi, tak to niestety wygląda. Jest jednak światełko nadziei, popatrzmy, kto dalej rezyduje na Wawelu:
Adam Mickiewicz - założyciel i członek Towarzystwa Filomatów i Filaretów - polityk. Ojj wieszczu wieszczu, społeczeństwo, mimo niekwestionowanych zasług dla polskiej kultury także nie oszczędzi.
Juliusz Słowacki - W połowie lutego 1829 wyjechał z Krzemieńca do Warszawy. 30 marca objął posadę aplikanta w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Na początku 1830 w roczniku Melitele zadebiutował bezimiennie powieścią poetycką Hugo. Po wybuchu powstania listopadowego, 9 stycznia 1831 podjął pracę w powstańczym Biurze Dyplomatycznym księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. 8 marca opuścił Warszawę i przez Wrocław udał się do Drezna. W lipcu, w ramach misji dyplomatycznej zleconej przez powstańczy Rząd Narodowy, przewiózł depeszę do polskich przedstawicieli w Paryżu i Londynie. No do diabła, także polityk. Robi się nam jakoś pusto na Wawelu.
Ostali się Cyprian Kamil Norwid i Fryderyk Chopin. nawet Marszałka Piłsudskiego nie uda się ocalic.
Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginać latem, prosto do nieba czwórkami szli ... pochowani na Wawelu.
Ludzka durnota i zawiść ślepa nie mają granic. Z powodu na nietrafiony pogrzeb Kaczyńskich na Wawelu społeczeństwo zamiast się jednoczyć, wciąż się dzieli. Jak długo jeszcze ?? Gdyby, tak jak ja dzisiaj, rozebrać na czynniki pierwsze, treść transparentów, to za czas jakiś wycieczka po Wawelu obejmie dwa groby i puste miejsca spowodowane głupotą ludzką.
Ten tekst niczego nie zmieni, ale zastanówmy się czasem. Tak po prostu, nie codziennie, bo to za duże wymagania, ale raz na jakiś czas, chociaż ważmy słowa....
Z czystej ciekawości zainteresowałem się tym, kto spoczywa na Wawelu. Lista wzbudziła we mnie spore wątpliwości, co do właściwości miejsca pochówku, skoro Wawel ma być miejscem nie dla polityków. Zaczynamy więc wielkie sprzątanie:
1. Jan III Sobieski - król polski - polityk - miejsce nie dla polityków.
2. Królowa Maria Kazimiera, żona Jana Sobieskiego - wspierała politykę mającą doprowadzić do sojuszu polsko - francuskiego. Zatem polityk - out.
3. Michał Korybut Wiśniowiecki - król... tak jak i w przypadku Jana III Sobieskiego - wypad z baru.
4. Książę Józef Poniatowski - minister wojny - polityk.... zaczyna się robić coraz zabawniej.
5. Tadeusz Kościuszko - wielki wódz... ale także parał się polityką, mniejszą bądź większą - cóż, naród jest bezwzględny.
6. Generał Sikorski - Premier rządu polskiego na uchodźstwie - mówi samo za siebie.
Do pocztu królów i książąt polskich dodajmy jeszcze Stefana Batorego, Władysława IV Wazę, Zygmunta III Augusta, Annę Jagiellonkę, Olbrachta Jagiellończyka, Annę Austriaczkę, Aleksandra Karola Wazę, Stanisława Leszczyńskiego, Zygmunta Starego i wielu, wielu innych. Czy dzięki temu krypty królewskie tylko z nazwy pozostaną królewskimi, tak to niestety wygląda. Jest jednak światełko nadziei, popatrzmy, kto dalej rezyduje na Wawelu:
Adam Mickiewicz - założyciel i członek Towarzystwa Filomatów i Filaretów - polityk. Ojj wieszczu wieszczu, społeczeństwo, mimo niekwestionowanych zasług dla polskiej kultury także nie oszczędzi.
Juliusz Słowacki - W połowie lutego 1829 wyjechał z Krzemieńca do Warszawy. 30 marca objął posadę aplikanta w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Na początku 1830 w roczniku Melitele zadebiutował bezimiennie powieścią poetycką Hugo. Po wybuchu powstania listopadowego, 9 stycznia 1831 podjął pracę w powstańczym Biurze Dyplomatycznym księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. 8 marca opuścił Warszawę i przez Wrocław udał się do Drezna. W lipcu, w ramach misji dyplomatycznej zleconej przez powstańczy Rząd Narodowy, przewiózł depeszę do polskich przedstawicieli w Paryżu i Londynie. No do diabła, także polityk. Robi się nam jakoś pusto na Wawelu.
Ostali się Cyprian Kamil Norwid i Fryderyk Chopin. nawet Marszałka Piłsudskiego nie uda się ocalic.
Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginać latem, prosto do nieba czwórkami szli ... pochowani na Wawelu.
Ludzka durnota i zawiść ślepa nie mają granic. Z powodu na nietrafiony pogrzeb Kaczyńskich na Wawelu społeczeństwo zamiast się jednoczyć, wciąż się dzieli. Jak długo jeszcze ?? Gdyby, tak jak ja dzisiaj, rozebrać na czynniki pierwsze, treść transparentów, to za czas jakiś wycieczka po Wawelu obejmie dwa groby i puste miejsca spowodowane głupotą ludzką.
Ten tekst niczego nie zmieni, ale zastanówmy się czasem. Tak po prostu, nie codziennie, bo to za duże wymagania, ale raz na jakiś czas, chociaż ważmy słowa....
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Archiwum bloga
O mnie
- Rafał
- Tak naprawdę zawsze byłem daleki od pisania bloga, miałem kiedyś jakąś tam stronkę www, ale razem ze śmiercią edytowalności bazy danych.. padła strona. Zobaczymy co będzie z blogiem :P