Znowu podpięli mnie do internetu. Mieszkając w Anglii i nie mając internetu, faktycznie sam/a spychasz się na margines. Tutaj niepojętym jest, jak można nie mieć tej najprostszej, poza telewizją, formy kontaktu ze światem. Nie działają wytłumaczenia, że łącze jest drogie. Nic bardziej bzdurnego, najtańsze i nie najgorszej jakości łącze kosztuje tyle, co obiad dla dwóch osób w średniej kategorii chińskim bufecie. Więc jak tu wytłumaczyć brak internetu w domu ? Tak więc powróciłem z recydywy. Moje dotychczasowe doświadczenia z cyberprzestrzenią w Jukeju ( jak to niektórzy znajomi mawiają ) układały się różnie, w ciągu ostatnich trzech miesięcy zakrawały wręcz na tragedię. W ciągu tego właśnie okresu przez półtora miesiąca internetu praktycznie w ogóle nie miałem, a przez pozostałe półtora miesiąca było jako tako. Więc nierzetelny dostawca sam spychał mnie na margines - świnie... a ja musiałem rzetelnie płacić. Ok, zatem ustaliliśmy, że kto nie może odpalić przeglądarki, ten kiep jest i basta.
Zrobiłem dziś niewielkie rozeznanie wśród znajomych Anglików, w jakim celu korzystają z internetu. Najczęściej padająca odpowiedź to wielka księga ryjków zwana normalnie Facebookiem. Facebook, który miał pierwotnie stanowić funkcję społeczno - rozrywkową, zaczyna pełnić funkcję rozrywkowo - społeczno - natrętną. Cóż, dziwny wniosek, nieprawda ? Już uzasadniam - funkcja społeczno - rozrywkowa polega na umieszczaniu zdjęć, wymienianiu się wiadomościami, dzieleniu zainteresowaniami, pasjami, linkami. Luzik, tak to miało wyglądać. Nie po to jednak głównie rdzenni, i mniej rdzenni... ale wciąż obywatele wspomnianego już Jukeja, wchodzą na księgę ryjków. Grają, takie ich prawo. Większość jednak, jeżeli nie wszystkie gry księgoryjkowe wymagają od nas, czyli już nie namawiają do uczestnictwa, ale wymagają od nas korzystania ze wsparcia znajomych, aby postawić setną farmę, lub kupić nowe zwierzę do ZOO. I co teraz zrobić, wypiąć się na zaproszenie, obrażając tym samym naszych znajomych, bo odrzucamy ich wirtualną gościnność ? Tutaj zaczyna się natrętna funkcja księgi ryjków. Raz otworzyłem swój profil na tym serwisie i znalazłem 30 różnych zaproszeń do 10 różnych gier, każde mówiło, że jak dołączę do gry, to zapraszający coś uzyska. A co uzyskam ja ? Zatem nawet nie odpowiadałem na zaproszenia, traktując je jak... spam, po prostu spam. Póki co, od tamtej pory nikt mnie do gier nie zapraszał..... obrazili się ?? Ja przez szacunek do samego siebie i innych nawet nie odpalam gier na facebooku, co będzie bowiem, jeśli kogoś zaproszę do gry, bo będę musiał, a tu brak odpowiedzi, albo odmowa mnie spotka. Ktoś wzgardzi moją wirtualną gościnnością.
Pisząc to wszystko mam dalej w uszach fragment piosenki "biała flaga 91" ..."schowali się po różnych państwach, różnych nacjach... porwała ich galopująca emigracja" - a co ich łączy ? wymuszane gry na facebooku ? - smutne troszkę.
Nie napisałbym tego wszystkiego, gdyby mój dzisiejszy poranek wyglądał inaczej. Szczęśliwy wtargnąłem do kuchni aby podpiąć router do gniazda telefonicznego, po czym cudownie miał popłynąć internet. Zniecierpliwiony włączyłem laptopa.. i nic.. router działa, komputer nie ma połączenia.. coś nie tak. Poszedłem po rozum do głowy i zadzwoniłem do panienki z helpdesk... ta cierpliwie krok po kroku wsadziła mnie w serwer operatora, który pozwolił mi na zmianę numeru telefonu, do którego moje łącze jest przypisane.. czyli dostałem przechodzony router, a nie funkiel nówkę nie ściganą.. jak oczekiwałem. Jak już zaznaczyłem na początku, koszt internetu to obiad dla dwóch osób, w średniej klasy, chińskim bufecie. Więc czego się spodziewać.
Dlaczego taki tytuł, bo taki mi do głowy przyszedł.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Archiwum bloga
O mnie
- Rafał
- Tak naprawdę zawsze byłem daleki od pisania bloga, miałem kiedyś jakąś tam stronkę www, ale razem ze śmiercią edytowalności bazy danych.. padła strona. Zobaczymy co będzie z blogiem :P
0 komentarze:
Prześlij komentarz